czwartek, 27 stycznia 2011

Głód

Dziś jest ten dzień, w którym zdejmuję z półki swoją ulubioną książkę.
Sięgam po nią i parę minut wpatruję się w okładkę. Gładzę brązowe płótno ręką. Na brzegu jest już wyblakłe. Dotykam zagłębień liter. Wącham. Woń starego papieru i kurz. Takie to proste.

Moją ulubioną książkę wszech czasów jest "Głód" norweskiego pisarza Knuta Hamsuna.

Ta książka jest dla mnie absolutnie wyjątkowa, także ze względu na sposób w jaki ją zdobywałam. A było to długie i chwilami nużące, zakrawało na totalną porażkę.

Oto historia mojego "Głodu".

Pewnego dnia słuchając swej ulubionej w tamtych latach stacji radiowej Radia Bis usłyszałam nietypową recenzję. Pewien polski artysta polecał książkę o młodym pisarzu żyjącym w nędzy, który nie miał pieniędzy nawet na jedzenie. Z tego powodu podupadł na zdrowiu i miał majaki. Recenzent wymienił tytuł i autora książki. Wryło mi się to głęboko w zwoje mózgowe.
Od tej pory zwariowałam na jej punkcie.

Szukałam książki po wszystkich księgarniach, antykwariatach, bibliotekach. Zdobycie jej wydawało się niemożliwe. Norweski Sult był wydany w 1890 roku, w Polsce w 1892.
Szalałam, szukałam. Wszystko trwało to z pewnością więcej niż rok, może nawet dobiegało do dwóch lat. Momentami wątpiłam w to, że kiedykolwiek przeczytam "Głód".

I wtedy nagle znalazł się jakiś egzemplarz na Allegro.
I przyszedł strach - co jeśli książka nie była warta zachodu?

Wiecie co?
Była.

Od tamtej pory przeczytałam ją wielokrotnie. Wciąż jestem pod wrażeniem "Głodu". Myślę, że już na zawsze pozostanę pod wpływem jego czarów.

Dziś mam zamiar przeczytać ją znów, aby powrócić do tej niesamowitej historii oraz aby może odnaleźć w niej nowy sens. Tym razem na jej podstawie mam zamiar głębiej popracować.

Jeśli mój post zachęcił was, przeczytajcie "Głód".
O ile uda wam się go odnaleźć...


"Było to w czasach mego głodowania i włóczęgi po Christianii, owym mieście, które każdego musi naznaczyć swym piętnem..." Knut Hamsun "Głód"


Spróbujcie odnaleźć swą Christianię.


olo

środa, 26 stycznia 2011

Początki

Obiecałam napisać o motywach, która spowodowały, że nie jem mięsa. A więc proszę!

Po pierwsze jak już mówiłam - kocham zwierzęta. Nie wydaje mi się właściwe zjadanie ich. Bo swojego psa/kota/świnki morskiej/itede bym nie zjadła. A dla mnie to bez różnicy jaki zwierzaczek jest. Chętnie pohodowałabym krówkę.

Ponadto po prostu...


Mięso mi nie smakowało. Jedynym rodzajem jaki byłam skłonna przyjąć będąc dzieckiem był kurczak. Szybko jednak nawet to stało się dla mnie torturą. Jadłam mięso zmuszana szantażem, bo to był jedyny sposób. "Będziesz mogła to zrobić, jak zjesz tego kotleta..." W końcu mając 13-14 lat przestałam jeść zupełnie nawet te niewielkie wmuszane ilości.

Oczywiście wszyscy mówili mi frazesy typu:
-nie urośniesz
-nie będziesz mogła myśleć
-mięso jest ci potrzebne
-będziesz krzywa
-będziesz łysa

Jakoś żyję. Wyrosłam na 170cm. Wszystkie klasy kończyłam ze świadectwem z paskiem. Moje włosy mają się dobrze. Chyba można obejść się jednak bez mięsa nawet w młodym wieku.

Nie mniej jednak do tej pory, mimo upływu wielu lat odkąd jestem wegetarianką ciągle ktoś (ludzie którzy o tym wiedzą) pyta mnie czy nie zjem tego czy owego oczywiście z zawartością mięska. No cóż, nie jest to takie straszne, tylko potrafi być irytujące.


Post ten nie ma na celu krytykowania stylu życia mięsożerców :) Nie namawiam też nikogo do pójścia w moje ślady.
Po prostu opowiadam swoją historię.

Pozdrawiam czytelników ;)

olo

czwartek, 20 stycznia 2011

Dziewczynka i Kogut

Temat wegetarianizmu zdeterminował u mnie napisanie jeszcze kilku pokrewnych postów. Skoro już to poruszyłam, muszę teraz odwołać się do powiązania jakim są stosunki na linii człowiek - bracia mniejsi.
Na początek chciałabym zaznaczyć, że kocham zwierzęta. Naprawdę. Bez zadufania, bez hipokryzji. Kocham od małego. Dlatego też od zawsze marzę by zostać weterynarzem. Jestem na drodze poprzedzającej drogę do celu.

Chcę opowiedzieć wam pewną historię.

Kiedy byłam dzieckiem najlepszą rozrywką czy to na weekend czy to na wakacje był dla mnie wyjazd do babci i dziadka na wieś. Wtedy z dziadkiem chodziłam a to świnki nakarmić, a to krówkę wydoić, a to wysypać kurkom ziarno. Mając 3 lata wywlekłam z budy kilkudniowe szczenięta, omal nie wywołując zatrzymania akcji serca u mojej babci, gdyż szczęśliwa matka szczeniąt nie pozwalała się zbliżać do nich nikomu oprócz dziadkowi, a i to też na odległość większą niż metr. Myślicie, że kiedy właziłam do budy i po kolei wynosiłam psiaki suka zaprotestowała? Oczywiście, że nie. A ja byłam w raju mogąc bawić się z nimi. Koniec końców jeden ze szczeniąt został potem moim pieskiem, który pozwalał się głaskać tylko mnie i dziadkowi.

Ale przejdźmy do meritum...
Kiedy wakacje spędzałam na wsi w wieku 5-6 lat dziadek kupił kilkanaście sztuk kurcząt bez kwoki. Umieścił je w specjalnym kojcu w ogrodzie. Ja niewiele myśląc szybko wskoczyłam do środka. Siedziałam tam całymi dniami, karmiłam kurczęta, pilnowałam ich i bawiłam się z nimi. Szybko uznały mnie za swoją kwokę. Gdy dochodziłam do kojca zbierały się wokół mnie, dawały się dotykać, tuliły się do mnie. Szczególnie do gustu przypadło mi jedno - pośród samych żółtych i pasiastych kurcząt było jedno rude. Nadałam mu imię Przepiórka. Ze swoim ulubieńcem zbliżyłam się do tego stopnia, że wskakiwał mi na ramie (czego nigdy nie udało mi się dokonać z moją papugą), chodził za mną po gospodarstwie, siadał na kolanach. Brałam go nawet do domu, uważając czy babcia nie patrzy.
Kurczak rósł, a wakacje mijały.
Okazało się, że Przepiórka jest tak naprawdę Przepiórem.
Wyrósł z niego okazały kogut.
Kiedy zaczął się wrzesień i przyjeżdżałam w weekendy wciąż mnie rozpoznawał. Oswoiłam koguta.
Podczas jednej z kolejnych wizyt babcia powiedziała mi, że Przepióra upolował jastrząb. Była jedna wielka rozpacz.

Wiecie czego dowiedziałam się jakiś czas później?
Tamtego dnia jadłam rosół ugotowany na przepiórze.
Myślicie, że było to łatwe dla kilkuletniej dziewczynki zjeść przyjaciela?

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości z czego wynika mój wegetarianizm, to więcej powodów podam w kolejnym poście.



olo

Wegetariańska ryba

W ostatnią sobotę miałam studniówkę. Jak wiadomo menu na takich imprezach jest uogólniane i posiłek jest taki sam dla wszystkich, przeważnie wybrany przez grupkę rodziców zajmujących się organizacją. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy dzień przed studniówką została rozesłana lista kto zamawia wegetariański posiłek. Niestety dobre wrażenie szybko minęło. Podano mi... filet z ryby!

Wiem, że bardzo często na takich imprezach wegetarianie po prostu siedzą głodni. (oczywiście poniosłam wszystkie koszty za posiłki pomimo, że nic nie jadłam :P)
Podobną sytuację miałam już kilkakrotnie, że daniem wegetariańskim była ryba.
Oczywiście, są ludzie którzy uważają, że ryba to nie mięso. Ja jednak do nich nie należę. Definicja wegetarianizmu też wyklucza ryby z diety.

Jak podaje portal wegetarianizm.net :
"Wegetarianie wykluczają ze swojej diety wszelkie rodzaje mięsa i ryb, a także produkty zawierajace substancje odzwierzęce, takie jak żelatyna, podpuszczka, tłuszcz zwierzęcy."

[przyznam się, że i tak nie jestem tak racjonalna gdyż jem masło i wcinam żelki]


Nie rozumiem więc czemu panuje przeświadczenie, że ryba jest daniem wegetariańskim.


Jedno jest pewne - wegetarianie są dyskryminowani wciąż w wielu sytuacjach. Wszystkie posiłki w lokalach o ustalonym menu, stołówki szkolne, bufety, a nawet kolacje u niezwegowanych znajomych.

To jest właśnie powód, dla którego wolę sama sobie gotować i jeść w domu.
Mam jednak nadzieję, że stopniowo sytuacja poprawi się.

Pozdrawiam.

olomanolo