środa, 29 września 2010

Zupa z bagien

Ostatnio bardzo trudno mi wygospodarować chwilę czasu, żeby coś tu nastukać. Dlatego dopiero dziś odniosę się do wczorajszego dnia.
Od niedzieli leje. Wczoraj było paskudnie. Kiedy wróciłam do domu zabrałam się za przygotowywanie obiadu - zupa z groszku i mozzarelli wg przepisu Nigelli Lawson. Oczywiście wyszła wybornie. Potem niestety musiałam udać się do miasta załatwić kilka spraw. Nie dość, że pogoda jest taka jaka jest, to jeszcze do tego nie jechał żaden autobus na mój przystanek. Musiałam wrócić do domu pieszo przez deszcz, wiatr i maź konsystencji mojej zupy. Kiedy w końcu znalazłam się w domu, byłam mokra i poirytowana. O dziwo, mój pomarańczowy parasol wytrzymał i nie połamał się na wietrze. Najszczęśliwszym posunięciem było ubranie butów "w-których-nie-poślizgnę-się-zimą". Było mi ciepło w stopy i bardzo dzielnie się trzymały. Przemokły dopiero prawie pod samym domem.

Irytacja towarzyszyła mi już przez resztę dnia, ale zdenerwowanie ustąpiło po obejrzeniu 2 odcinka 7 sezonu House'a i przytuleniu się.
Dziś mam trochę wolnego, żeby jutro wrócić do domu dopiero przed 17 :(
Niestety bez wyjścia z domu na deszcz się nie obejdzie.

Czytam "Dom dzienny, dom nocny". Nie mogę się doczekać, kiedy wieczorem położę się z tą książką do łóżka.

olo

sobota, 25 września 2010

Ehm

Dziś udało mi się spędzić dzień bezproblemowo. W odróżnieniu od wczoraj było pozytywnie.
Nie denerwowałam się (prawie). Ranek był w pytę, popołudnie spędzone cudownie :D
Jakoś to idzie.
Obejrzeliśmy nowy odcinek House'a. Na koniec powyżywałam się kulinarnie, robiąc pizzę.
Nie mam w zasadzie nic szczególnego do opowiedzenia. Tylko taka mała refleksja.
Warto jest zwolnić i uspokoić się, bo wtedy jakoś wszystko zaczyna się układać. Najlepiej spędzić czas z kimś, kto działa na nasze nerwy kojąco. Dobra jest też książka i herbata.
Swoją drogą ciekawe jak diametralnie może się zmienić nastawienie człowieka, pod wpływem takich prostych sztuczek.

Idę próbować owoców mej pracy.
Sex, drugs, rock n' roll, peace n' love czy co tam jeszcze chcecie.


Ja wybieram Guns n' Roses
olo

piątek, 24 września 2010

carrot's disaster

To jeden z tych dni kiedy ma się mnóstwo do zrobienia, a nie ma się motywacji. Tak, wiem. Skoro brakuje mi motywacji, to powinnam uczyć się do matury, idąc przykładem klasyka. I prawdopodobnie tak zrobię, bo mam stosik, z którym muszę spędzić namiętnie czas w najbliższym miesiącu.
Mr Grave gdzieś pojechał.
Fascynacja świeżo wyciskanymi sokami minęła, kiedy musiałam umyć sokowirówkę. To było coś okropnego. Cała kuchnia w marchewce, a soku pół szklanki. I po co tyle zachodu?
Poza tym jestem wkurzona i zmęczona. A Monana się dziwi, czemu nie piszę.

olo

niedziela, 19 września 2010

Endorfinowa bomba

Nie zawsze wbrew pozorom wszystko mi źle. Dzisiaj jest dobrze. Dlatego nie będę nic więcej pisać bo i po co?

olo

sobota, 18 września 2010

Policja dla zwierząt w Miami

Dziś już nie wytrzymałam i dałam się namówić, by pójść do pasmanterii na zakupy. Uznałam, że przewietrzenie dobrze mi zrobi, tym bardziej że pogoda sprzyjała. Oczywiście nie mogło być tak, że było całkiem miło.
Poszłam do centrum, załatwiłam co miałam załatwić.
Kiedy wracałam w krzakach koło chodnika usłyszałam miauczenie. Zatrzymałam się i zauważyłam kocie dziecię. Mały był wyjątkowo uroczy, choć dość rozdarty. Czarny kotek z prześwitującymi tu i ówdzie rudymi pasmami ze ślicznym ogonkiem rudym na końcu. Oszalałam, do czego mam tendencje w takich momentach. Oliwy do ognia dolało to, że zwierzak zareagował na moje zainteresowanie podbiegając do mnie, a potem jeszcze idąc za mną. Wyglądał na ogólnie zagubionego i niezbyt szczęśliwego. Myśl, która natychmiast zapaliła się w mojej głowie - zabrać go do domu. I szybkie zejście na ziemię.
Gdyby zależało to tylko ode mnie na 110% kotka zawinęłabym pod pachę i zaopiekowała się nim, jednakże moja sytuacja lokalowa - dzielenie mieszkania z mamą (która nie znosi kotów i w życiu nie zgodziłaby się na to, żeby go zostawić) oraz z bratem (który uwielbia koty i gdyby go zobaczył, oszalałby z radości) nie pozwala mi na takie bohaterskie czyny jak przygarnięcie kotka.
Nie pozostało mi nic innego, jak małego przestrzec przed wychodzeniem na ulicę i z bólem odejść. Wróciłam się jeszcze do niego dwukrotnie. W domu opowiedziałam sytuacje mamie, która zareagowała w przewidziany przeze mnie sposób.

Czuję frustrację. Fakt, że swoją przyszłość wiążę z pomaganiem zwierzętom, pogłębia to uczucie.
Teraz przede mną kilka dni moralnego kaca.

A dziś melanż u Monany, którą pozdrawiam mimo niezbyt radosnego charakteru tego posta.

olo

piątek, 17 września 2010

Apogeum nihilizmu

Usłyszałam dziś zarzut, że z moich ust nie wychodzi nic innego jak tylko narzekania. Jest to prawda. Bo co innego można mówić, siedząc nad kapuśniaczkiem i filiżanką barszczu czerwonego instant, kiedy już od kilku dni nie wychodziło się na zewnątrz, nie przyjmowało nikogo wewnątrz, a jedyną wątpliwą przyjemnością jest aplikowanie sobie kropli do nosa ?

Dzisiejszy dzień zaczął się o 6:38. Tak, bardzo śmieszne. Co można zrobić z tak długim dniem w obecnych warunkach? Demotywatory, Onet, Kopalnia Wiedzy, Bash, Mistrzowie, Focus, Joe Monster, You Tube, Facebook, kilka blogów, co w sumie daje godzinę 9:23. 78 stron "Czystej anarchii" przeplatanych pogawędkami online, godzina 11. Przestaję patrzeć na zegarek. Powtórki "Brudej roboty" i "Szkoły przetrwania", kasacja Seata Cordoby w Colin McRea Rally 2 i postanawiam zająć się "czymś".
Tak jakbym nic wcześniej nie robiła.

W takich momentach zazwyczaj biorę się za coś, czego w normalnym stanie nie mam czasu albo ochoty robić.
Nie mam pojęcia czemu nagle szalenie ważne wydało mi się posegregowanie płyt na moje i te prawie moje. Poukładałam ubrania w szafie, wypakowałam książki z torby, zmieniłam pościel, co nie było zbyt mądre, bo przypłaciłam to atakiem kaszlu. Później wzięłam się za odkurzanie i natychmiast pożałowałam niedawnej decyzji o położeniu na podłogę dywanika. Wreszcie też zbieranie kolorowych butów przydało się i mogłam kilka par wyczyścić. Pomalowałam paznokcie. Na koniec zostawiłam ratowanie pilota, w którym rozlała się bateria, po czym napisałam smsa do Monany, aby dowiedzieć się co mnie omija.

Wykonując te irracjonalne i nikomu nie potrzebne czynności, snułam ponurą refleksję. Mianowicie, bez względu na to czy mam masę rzeczy na głowie czy mogę spać cały dzień - zawsze mi nie pasuje. Cytując klasyka "nie mogę istnieć bez narzekania". Zatem pozostaje mi tylko parzenie sobie co chwila innej herbatki i łażenie z kąta w kąt do końca dzisiejszego dnia.

Dodam (gdyby ktoś miał wątpliwości, czy nie przesadzam), że wyłączył mi się komputer, kiedy pisałam ten post.






W takie dni mocniej wierzę w nihilizm.


olo

czwartek, 16 września 2010

Blogowania początki - odsłona trzecia

U mnie z tymi blogami na początku to jest tak, że jestem wypełniona entuzjazmem i nie mogę doczekać się kolejnego posta :) Potem blog ginie w przypływie emocji. Może tym razem się uda. A ponieważ jak zwykle na starcie jestem bardzo podekscytowana, to piszę dziś już drugi raz.
Jestem świeżo po obejrzeniu House'a (nic nowego - szósty sezon obejrzałam już online). Liczyłam, że emitowane będą dwa odcinki jak w zeszłym tygodniu i spotkało mnie rozczarowanie, więc nie mając co ze sobą zrobić, kiedy noc jeszcze młoda (wieczór?) zalogowałam się czym prędzej na bloggera.
Jednak siedzenie w domowym odosobnieniu nie jest takie fajne jak może się wydawać. Nawet jak zje się snickersa i herbatę "owoce leśne". Przynajmniej nie teraz, we wrześniu kiedy mam jeszcze energię. Jestem znudzona :P
Wiem, że po kilku tygodniach pożałuję tych słów.

Przyszło mi do głowy, żeby pochwalić się (bo czemu nie?) najnowszą produkcją mojego chłopaka (to ten w moro z długimi włosami :>), bo nawiasem (nie za dużo "()"?) mówiąc jestem z niego dumna. Uważam to za niezłą robotę.
Voila! :
http://www.youtube.com/watch?v=WUHbEeFdpoE


Przy okazji chłopakom zrobię trochę reklamę, biorąc pod uwagę, że dziś miałam 61 odsłon.

Pozdrawiam też Adama, z którym to dziś wspólnie zaczynamy blogowanie. Keep on!

olo

Honey, Manolo's home again!

Po raz trzeci reaktywuję blog, co (mam tego świadomość) nie przedstawia mnie jako osobę zrównoważoną i zdecydowaną. Nie zrażając się tym, jakie zrobię wrażenie postanowiłam kolejny raz spróbować, popchnięta ku temu nudą tygodniowej przerwy w życiorysie na skutek anginy.
Jeśli adres ten zniknie po jakimś czasie to nic to. Znaczy, że wciąż gdzieś balansuję na granicy pamiętnikarskiego przyzwyczajenia z młodszych lat oraz niechęci do wszystkich nudnych wypocin zaśmiecających internet (o ironio!).

Odrabiając z małoletnim bratem lekcje, wspominam błogość czasu kiedy miało się jednocyfrowy wiek :)
Lektura "Czystej anarchii" Woody'ego Allena upewnia mnie, że przyszłość nie rokuje spokojem i dostatkiem.
Hmm.
Choroba nie jest zbyt sprzyjającym optymizmowi stanem, ale czy cokolwiek jest?

olo