poniedziałek, 5 grudnia 2011

Grudniowy November Rain

Dnia 5 grudnia roku pańskiego 2011 zrobiło się całkiem listopadowo.
Deszcz kapie na parapet, a ja muszę przy biurku doświetlać się lampką.

Dopadła mnie choroba, a właściwie dopadała powoli, a ja zamiast zwalczyć ją w zarodku, pozwalałam jej powoli mnie rozkładać. Teraz przez zapalenie oskrzeli jestem uziemiona do czwartku.

Jest to dość miły czas, gdy za oknem schyłek jesieni, a ja z ciepłą herbatą z miodem i cytryną czytam pod kocem na zmianę Hemingway'a i opowiadania Edgara Allana Poe. Co do tego drugiego to ostatnio na straganie z używanymi książkami udało mi się dostać "Złotego żuka" za całe 2 PLN. :)



Czyż nie prezentuje się znakomicie?
Dodam jeszcze, że na tym samym stosiku znalazłam "Wiktorię" Knuta Hamsuna! Oczywiście kupiłabym ją bez zastanowienia, gdyby nie to, że taka sama mieszka już na mojej półce ;)

Dawno nie pisałam nic o postcrossing. Dostałam ostatnio kilka pięknych kartek.



Na kartce z Titaniciem dostałam przepisa na falafel ;))

Oto on:

2 filiżanki ciecierzycy
1/3 filiżanki natki pietruszki
5 ząbków czosnku
1/2 cebuli
2 łyżeczki sody
1/2 filiżanki kolendry
1 łyżka sezamu
1 łyżka kminu rzymskiego
1 łyżka papryki
sól, pieprz

Był pyszny :D



Teraz wracam do mojej rekonwalescencji.
Nikt nie lubi chorować, ale czasem taki tydzień w domu przydaje się na odpoczynek, nadrobienie zaległości w literaturze lub nauce, albo po prostu na porządne wyspanie się.


Całuję,

olo

czwartek, 17 listopada 2011

Przeprowadzka

Długo nosiłam się z tą myślą, aż w końcu czara argumentów za się przelała i decyzja zapadła. Za tydzień o tej porze będę się pakowała.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.

Przez ostatnie dwa miesiące bardzo polubiłam Katowice. Nie mogę powiedzieć, aby łatwo było mi je opuścić. Ale przecież będę w nich codziennie. Niestety nie będę już jeździła autobusem numer 12 przez urokliwe uliczki. Nie będę też z okna widziała stawu, a na nim kaczek.Stojąc na przystanku nie spotkam sójki ani dzięcioła.

Za to codziennie będę wracała do moich najbliższych. Samosia w końcu nie będzie spała sama. Będę mogła gotować w swojej kuchni i pić herbatę w swoim fotelu. Niedziela w końcu będzie pełnym dniem weekendu. Będę codziennie widywała mojego brata i może w końcu skończymy czytać "Anię z Szumiących Topoli".

Tak naprawdę nie mogę się tego doczekać.

Tymczasem wracam do domu na weekend przed moim ostatnim tygodniem tutaj. Jakie owoce przyniesie ta decyzja? Czas pokaże.


Dobranoc.

olo

wtorek, 25 października 2011

Panna Sójka

Czasami warto wyjść na przystanek kwadrans przed przyjazdem autobusu. Szczególnie w taki piękny wtorek jak dziś.

Nie dość , że mogłam się wyspać, to jeszcze na uczelnie jechałam w towarzystwie silnego jesiennego słońca.

Kiedy czekałam na autobus na naszej leśnej pętli obserwowałam jak lekki wietrzyk strąca liście z dębów i brzóz, a te leniwie spadają na ziemię. Taka sceneria naprawdę pobudza do refleksji.

Do tego wszystkiego udało mi się pierwszy raz w życiu zobaczyć sójkę, którą do tej pory znałam tylko z bajki Jana Brzechwy. To naprawdę śliczny ptak.

Potem jeszcze jechałam autobusem wypełnionym do połowy, czyli "praktycznie pustym" dzięki czemu mogłam w wygodnej pozycji obserwować miasto za oknem ;)

Dziękuję pięknie za uwagę.

olo

poniedziałek, 24 października 2011

Rozstania i powroty

Od czterech tygodni jestem obecna w dwóch miejscach. Cztery i pół dnia w tygodniu w mieście wojewódzkim, a 2 i pół w mieście powiatowym. Żeby nie było za łatwo punkty te położone są w sąsiednich województwach. Dzięki takiemu zestawieniu bez przerwy odkrywam coraz to nowsze wady i zalety obydwu.

Z niecierpliwością co tydzień czekam na weekend, aby móc znaleźć się w domu wśród najbliższych. Cieszę się tymi chwilami, które jednak mijają zbyt szybko. W dni powszednie za to z fascynacją poznaję to co do tej pory było nieznane. Muszę przyznać, że ten czas również mija bardzo szybko z powodu wielu zajęć. Można polubić nawet długą podróż autobusem, kiedy za oknem ma się takie ładne widoki na miejską jesień. Do tego mieszka się pod lasem i co rano słyszy kaczki i inne ptactwo z pobliskiego stawu.

Z każdym dniem coraz bardziej podobają mi się Katowice. Mają w sobie coś magicznego. Szczególnie pociąga mnie moja dzielnica, która pokryła się pięknym złotem jesiennych liści.

Pięknych miejsc do spacerowania jest mnóstwo. Gdybym tylko miała więcej czasu... No i tą osobę u boku, której mogłabym się przechadzać. A tu niestety, nie ma.
Ukochanej osoby jest tak mało, że kiedy jest najchętniej schowałoby się ją przed całym światem w czterech ścianach. A do tego tam gdzie ona jest nie ma tej śląskiej jesieni. Co prawda jest jesień małopolska, ale szczerze muszę przyznać, że bardziej kilmatyczna jest ta śląska.

Nadchodzi upragniony długi weekend. Do tego jest to czas, który najbardziej lubię w roku, a mianowicie Wszystkich Świętych. Uważam to za najbardziej mistyczne i romantyczne święto. Uwielbiam wieczorem przechadzać się wśród kolorowych lampionów na cmentarzu. A dzień wcześniej Halloween i pyszne potrawy z dyni :) Już mi ślinka cienka ...

Mam nadzieję, że uda mi się napisać jak spędziłam ten wyjątkowy czas.

Buziaki.

olo

poniedziałek, 26 września 2011

Przyszła jesień...

...a wraz z nią?

Stało się nieuniknione. Rozchorowałam się.
Mimo, że cały zeszły tydzień dzielnie się trzymałam, podczas gdy wszyscy moi najbliżsi byli chorzy, to jednak w niedzielę skapitulowałam i zaatakowana przez wirusy spędziłam cały dzień w łóżku. Dziś jest już znacznie lepiej, aczkolwiek wolę nie ruszać się jeszcze nigdzie.

O dziwo, aura jest sprzyjająca ponieważ od pewnego czasu utrzymuje się temperatura powyżej 20 stopni Celcjusza.

Długo jednak sobie nie poodpoczywam. Czeka na mnie pakowanie, zakupy oraz badanie gruntu. Na wszystko zostało mi 4 dni. Jestem z jednej strony podekscytowana, a z drugiej zaniepokojona. Nie ukrywam, że mam pewne oczekiwania jak i obawy, ale staram się myśleć pozytywnie. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Dość nieoczekiwanie doszła moja kartka do Wielkiej Brytanii. Zdążyłam się pogodzić już z tym, że nie dojdzie ponieważ napisałam zły adres. W numerze pomyliłam 4 z H! A tu taka niespodzianka :) Niestety czekam, aż reszta moich pocztówek dotrze do adresatów, a trwa to już dość długo. Nic nowego do mnie też nie przyszło. Ale spokojnie, cierpliwości.


olo

środa, 14 września 2011

Idzie jesień

Kiedy byłam mała tata śpiewał mi : "...jak cholera nie lubię jesieni/choć podobno jest słota ze złota..."
Jednak ja z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że "jak cholera lubię jesień" !
Uważam ją za najpiękniejszą i najbardziej romantyczną porę roku. Kalendarzowa jesień zbliża się coraz większymi krokami i ja już ją czuję. Tegoroczna jesień jest dla mnie szczególna. Przynosi mi nowy etap w życiu.

Ponieważ ta jesień tak bardzo siedzi mi w głowie, kupiłam sobie do pokoju wrzos. Jaka roślina jest bardziej jesienna?

Uwielbiam jesienne wieczory, kiedy można zapalić sobie pięknie pachnące świeczki, napić się ciepłej herbaty i wejść pod koc z dobrą książką. Uzbierał mi się mały stosik lektur na najbliższe tygodnie. Oto on:



Do tego wszystkiego upiekłam dziś tartę z dyni wg przepisu z DD TVN. Smakuje wybornie z zieloną herbatą i kwaśnymi powidłami z mirabelek. Do tego ma piękne jesienne kolory.



Na sam koniec pochwalę się, że w ciągu ostatniego tygodnia dostałam cztery pocztówki. Z Holandii, Finlandii, Kansas City oraz z Australii.



Tę ostatnią dostałam od dziewczyny, która napisała do mnie z prośbą o pocztówkę z mojego miasta, ponieważ bierze udział w konkursie i do 2013 roku musi zebrać pocztówki ze wszystkich powiatów w Polsce. Ciekawe, nieprawdaż? Ubolewam jedynie nad tym, że ona moją kartkę otrzyma pewnie za jakieś trzy tygodnie.


Ponieważ udało mi się sprzedać na kiermaszu podręczników kilka książek, zgrzeszymy dziś z moim Ukochanym pizzą. Mam ochotę na taką ze szparagami i jalapeno. Mniam... Już nie mogę się doczekać. No i obejrzymy Ranczo. Po raz trzeci...


Całusy,
olo

czwartek, 18 sierpnia 2011

Śniadanie

Dziś zjadłam dość późne, ale typowe dla mnie śniadanie na balkonie. Cudownie było w spokoju posilić się i odrobinkę zrelaksować się na początku dnia na świeżym powietrzu.

Oto moje śniadanie:



Mozzarella z pomidorem i bazylią, a do tego kawa zbożowa z mlekiem. Uwielbiam takie śniadanie bo jest jednocześnie pożywne i lekkie.

Dzisiejszy dzień spędzam głównie sama z sobą. Lubię od czasu do czasu trochę odetchnąć w samotności z jakąś książką lub filmem. Dziś obejrzałam "Jedz, módl się i kochaj", ale nie wiem jeszcze czy mam po nim jakieś refleksje.

Moja kartka do Japonii dotarła ;) Wysłałam dwie nowe kartki do USA i do Holandii. Chciałabym trafić na coś nowego i niebanalnego. Ale muszę być cierpliwa.

Całusy,
olo

niedziela, 14 sierpnia 2011

News

Czuję się nieco zobowiązana do napisania krótkiej relacji ostatnich dni. W sumie nie działo się nic szczególnego, ale czyż nie drobnostki składają się na całość życia ludzkiego?

Jeśli chodzi o postcrossing, to w ostatnim czasie dostałam 3 pocztówki. Z Rosji, wprost z Nowosybirska, z San Fransisco od artystki, oraz najbardziej bajeczną z Holandii. Przedstawia ona czarno-białą fotografię Rotterdamu z 1890 roku. Wow! Do tego dziewczyna, która mi ją przysłała wydaje się być bardzo ciekawą osobą. Z moich kartek, w końcu na miejsce dotarła pocztówka do Holandii. Okazało się, że adresatka właśnie wróciła z urlopu w ... Polsce! Świat naprawdę jest mały.

Dalej czytam serię z Biblioteki Bluszcza kupioną za 2,99 za sztukę Arsene'a Lupin. To jest gość! Podoba mi się coraz bardziej. Prawdziwy artysta w swym fachu. Polecam jeśli ktoś lubi takie wartkie historie w scenerii XIX-wiecznego Paryża.
Odkąd odkryłam Gaelic Storm nie mogę wyjść spod wrażenia jakie na mnie zrobili. Ciągle ich słucham i aż chce mi się podskakiwać i jechać do Irlandii. Są mega!
Wczoraj obejrzeliśmy z moim Ukochanym "Fatalne zauroczenie" a dziś "Nagi instynkt". Jakoś wzięło nas na dużą ilość półnagiego Michaela Douglasa.

Z ciekawszych dań ostatniego czasu, to przyrządziliśmy przepyszną meksykańską lasagnie wprost z Kuchni Nigelli. Naprawdę była świetna. Niestety tak szybką zniknęła, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia, więc nie pokaże wam jak wyglądała.

W życiu mężczyzny przychodzi od czasu do czasu taki czas, kiedy należy zrobić coś bardzo "męskiego". W rezultacie wygłupić się i potłuc jeszcze do tego, a potem wrócić obolałym i żalić się swojej kobiecie, od której opieki potrzebuje się jeszcze więcej niż normalnie :)
Tak więc dziś był jeden z "tych" dni. Miałam okazję opatrzeć zranionego Ukochanego i być baaaardzo kochaną (jak zawsze) dziewczyną. Wymasowałam klatkę piersiową i plecy i wysłuchałam milion diagnoz na temat owego urazu spowodowanego połączeniem tarczy i korzenia.
Od bycia rozkosznym jest naprawdę cienka granica do bycia piekielnie irytującym. Ciesze się, że mój facet dziś jej nie przekroczył :P


Myślę, że to chyba wszystko na dziś.


Buziaki,

olo

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Poniedziałek


Wczoraj był ostatni pogodny dzień. Wraz z początkiem tygodnia powróciły deszcze.
Ja nie narzekam, mnie się podoba.

Odwiedziłam dziś z moim bratem babcię i u niej spędziłam połowę dnia. Zjadłam pyszny budyń waniliowy z kostką czekolady i syropem żurawinowym i piłam kompot z czerwonej porzeczki. Swojsko.

Wysłałam dziś dwie pocztówki. Do Japonii i do Rosji. Ciekawe ile będę szły... Mam nadzieję, że nie tak strasznie długo. Moja poprzednia do Rosji szła 24 dni. Ech...

Pod koniec dnia przyrządziłam sobie późny obiad z tego co było pod ręką, czyli... - spaghetti!
Dziś miałam ochotę na łagodną wersję więc do sosu dodałam trochę mleka i przyprawiłam tymiankiem. Do tego wkroiłam mozzarellę i oto efekty :



Chyba gotowanie zdominowało ostatnio nieco mego bloga. A niech to.


Wieczór spędziłam z bardzo ciekawą lekturą Arsene'a Lupin.

Dobrej nocy życzę,
olo

Kawałek lata

Ostatnio dla odmiany kilka dni było ciepłych i słonecznych. Taka aura udzieliła mi się i postanowiłam posilić się czymś letnim. A czy jest jakieś warzywo czy owoc bardziej kojarzące się z wakacjami jak cukinia? Dla mnie nie. Toteż upichciłam bajecznie prosty krem z cukinii, podobno włoski, ale ja tam nie wiem :P Wystarczy średnia cukinia, cebula, pół litra bulionu, jogurt naturalny i śmietana oraz przyprawy wedle uznania. Przepis znalazłam gdzież na Onecie.
Jedzony na zimno był naprawdę cudownym, sycącym obiadem na upał.




Podałam go z grzankami z jasnego chleba usmażonymi na oliwie z ziołami prowansalskimi. Pycha!

Podczas tego wycinku prawdziwego lata (ale czymże jest prawdziwe lato? Dla mnie to od dawna deszcz i różowy sztormiak.) dostałam piękną pocztówkę z Finlandii z widokiem na Helsinki. Jestem pod wrażeniem fińskiej poczty. Kartka do mnie szła 3 dni! Kiedy ja wysyłałam kartkę do Finlandii szła 9 dni... Aż chce się iść do sauny :D
Z niecierpliwością czekam na kolejne pocztówki. Najlepsze jest to, że nigdy nie wiadomo z jakiego skrawka świata coś do nas przyjdzie.
Cieszę się, że wróciłam do postcrossing.

Buziaki,
olo

sobota, 6 sierpnia 2011

Kosmetyczny alert

Zewsząd jesteśmy namawiani do ekologicznego trybu życia. Działanie takie w pełni popieram. Dzięki temu oszczędzamy wodę i energię, jemy warzywa z małych plantacji gdzie nie stosuje się nawozów, jeździmy rowerem zamiast autobusem, sprawdzamy skład produktów przed ich zakupem... I wszystko to jest OK. Tylko że ostatnio moją uwagę zwróciły kosmetyki.

Nieświadomie wcieramy w siebie masę chemii. Coś co ma na nas mieć wpływ pozytywny może nam zaszkodzić. Kuszą nas piękne zapachy, apetyczne kolory, dizajnerskie opakowania, a przede wszystkim reklamy! Czy wtedy nie zapominamy przeczytać składu i sprawdzić co oznaczają enigmatyczne naukowe nazwy w obcym języku?

Kosmetyków przestać używać się nie da, wiem co mówię. A codziennie potrzebujemy ich tak wiele. Jak wiadomo nasza skóra jest największą powierzchnią wchłaniającą w organizmie człowieka. Zatem myślę, że warto jest rozejrzeć się za naturalnymi kosmetykami i pozwolić się im zadomowić w naszym życiu. Na dzień dzisiejszy nie jest to wcale trudne. Wystarczy pobuszować w sieci i na pewno każdy znajdzie takie marki, które dostępne są w wielu drogeriach.

Poruszam ten temat bo jako studentka chemii, czuję że nie mogłabym uciec od niego. Ja zamierzam zamienić moje dotychczasowe kosmetyki na kosmetyki naturalne. Zobaczymy czy się sprawdzą i jakie różnice zaobserwuję.

Z drugiej strony daleka jestem od ortodoksyjnego eko życia. Myślę, że najbardziej zdrowe dla nas jest postępowanie w zgodzie ze sobą, niezależnie czy żyjemy w zgodzie z naturą czy nie. Ja preferuję pierwszy wariant, ale to tylko moja droga :)

Pozdrawiam,
olo

środa, 27 lipca 2011

Pocztówki i inne rewelacje

Po 1,5 roku zalogowałam się ponownie na postcrossing.com. Zrobiłam to pod wpływem znalezionych w szafce czystych pocztówek z mojego miasta. Postanowiłam, że nie powinny leżeć bezczynnie i czym prędzej wylosowałam trzy adresy. Trzy kobiety, trzy perełki. Finlandia,Szwajcaria, Holandia. Piękne kraje...

Kiedy wybraliśmy się na pocztę akurat strasznie lało. Odkąd kupiłam sobie swoją malinową kurtkę na jacht nie straszna mi taka pogoda. Nie będę ukrywać , że niesamowitą przyjemność sprawia mi takie spacerowanie w sztormiaku i "ciapcianie" w kaloszach w każdej kałuży po drodze. To pewnie potrzeba mojego wewnętrznego dziecka ;).

Niestety pod koniec dnia mój laptop nagle przestał się ładować. Próbowałam kręcić i nęcić, ale nic nie pomagało i w końcu kiedy bateria padła nie byłam w stanie go uruchomić. Oczywiście wpadłam w panikę. Po ciut dokładniejszych oględzinach osoby bardziej opanowanej i bardziej cierpliwej niż ja okazało się, że wina leży po stronie lekko urąbanego kabla. Ktoś kompetentny będzie musiał się trochę pobawić.

To tyle na dziś.
Mówię wam dobranoc za pośrednictwem komputera stacjonarnego.

olo

poniedziałek, 25 lipca 2011

Deszczowy post

Dziś doznałam przebłysku inspiracji, aby w końcu napisać coś na blogu.
Od dłuższego czasu nie widać świata spoza deszczu. Wszyscy narzekają, łykają witaminę D, ale mnie się ta aura całkiem podoba. Dla mnie , osoby z natury będącej domatorem, ta pogoda jest idealna na wakacyjny odpoczynek. Czas spędzam czytając pod kocem z kubkiem herbaty w ręku. Nie widzę powodów do narzekania.
Równie miło jest w towarzystwie Ukochanego siedzieć w łóżku i oglądać "Przyjaciół", którzy są świetnym sposobem nawet na największą chandrę.
Poza tym wzięłam się dziś za gruntowne porządki w pokoju i lekkie przemeblowanie. Temu wszystkiemu towarzyszyła piękna woń lotosu z palącego się kadzidełka.



Ja wiem, że przyjemnie byłoby pić sobie herbatkę w pszczyńskim parku w zabytkowej herbaciarni, na słońcu przy wodzie. Ale mnie równie dobrze pasuje mój wygodny fotel, czarna mocna herbata z mlekiem, kilka kruchych ciasteczek, dobra książka i Paolo Nutini w głośnikach.



Do tego dostałam dziś prosto znad morza nowe muszelki kauri do mojej kolekcji.
Jestem uśmiechnięta ;)

Całusy.
olo

środa, 1 czerwca 2011

Daily note

Na blogspocie ogłosiłam wielki powrót. Mimo to notek nie przybyło. Niestety,a może i stety nic specjalnego się nie dzieje i nic nie zaprząta zbytnio mej główki.
Korzystając z tego pięknego okresu nadrabiam zaległości w literaturze i w filmie. Lekturą na dziś są "Szpetni czterdziestoletni" Agnieszki Osieckiej a filmem dnia oprócz "Drużyny Pierścienia" był "Plac Zbawiciela". Tę polską produkcję polecam wszystkim, szczególnie młodym ludziom wchodzącym na nową drogę życia. Może sprawi to, że przemyślicie jeszcze czy aby na pewno wariant dzielenia lokum z teściami/rodzicami to dobre rozwiązanie.
Codziennym rytuałem jest moje bieganie o 7:00 rano. Oprócz tego wieczorami joga na zmianę z basenem, więc chyba w miarę aktywnie spędzam czas. Jutro wybieram się kupić koszyk do roweru.
Czymś nowym i absolutnie wyjątkowym jest moja praca. Póki co pochłania mnie ona jedynie w weekendy. Daje mi dużą satysfakcje i poczucie, że coś się dzieje ;) Zarobiony weekend i 5 dni odpoczynku to na moim etapie życia dla mnie idealny układ.

Jak na razie żegnam się (...życzę się...) i obiecują nastukać post kiedy coś twórczego zagości w moim umyśle.

Pozdrawiam,
olo

wtorek, 24 maja 2011

...comeback...

Ponieważ wielkie M jest już przeszłością, pora zdjąć przysłowiowe narty z przysłowiowego kołka i wznowić blogowanie.
Dzisiejsza nota jest czysto techniczna, prawdziwe posty ukażą się gdy mnie na coś natchnie :P
Od jutra wolne przeplatane z nową pracą mam nadzieję :) mimo to dzień zaczynam 6:45 bo nie ma nic piękniejszego niż początek dnia bieganiem o świcie.

Póki co szukam swoich farb temperowych, bo na to właśnie mnie natchnęło. A co !

Dziękuję za uwagę.
DoZo.

olo

czwartek, 27 stycznia 2011

Głód

Dziś jest ten dzień, w którym zdejmuję z półki swoją ulubioną książkę.
Sięgam po nią i parę minut wpatruję się w okładkę. Gładzę brązowe płótno ręką. Na brzegu jest już wyblakłe. Dotykam zagłębień liter. Wącham. Woń starego papieru i kurz. Takie to proste.

Moją ulubioną książkę wszech czasów jest "Głód" norweskiego pisarza Knuta Hamsuna.

Ta książka jest dla mnie absolutnie wyjątkowa, także ze względu na sposób w jaki ją zdobywałam. A było to długie i chwilami nużące, zakrawało na totalną porażkę.

Oto historia mojego "Głodu".

Pewnego dnia słuchając swej ulubionej w tamtych latach stacji radiowej Radia Bis usłyszałam nietypową recenzję. Pewien polski artysta polecał książkę o młodym pisarzu żyjącym w nędzy, który nie miał pieniędzy nawet na jedzenie. Z tego powodu podupadł na zdrowiu i miał majaki. Recenzent wymienił tytuł i autora książki. Wryło mi się to głęboko w zwoje mózgowe.
Od tej pory zwariowałam na jej punkcie.

Szukałam książki po wszystkich księgarniach, antykwariatach, bibliotekach. Zdobycie jej wydawało się niemożliwe. Norweski Sult był wydany w 1890 roku, w Polsce w 1892.
Szalałam, szukałam. Wszystko trwało to z pewnością więcej niż rok, może nawet dobiegało do dwóch lat. Momentami wątpiłam w to, że kiedykolwiek przeczytam "Głód".

I wtedy nagle znalazł się jakiś egzemplarz na Allegro.
I przyszedł strach - co jeśli książka nie była warta zachodu?

Wiecie co?
Była.

Od tamtej pory przeczytałam ją wielokrotnie. Wciąż jestem pod wrażeniem "Głodu". Myślę, że już na zawsze pozostanę pod wpływem jego czarów.

Dziś mam zamiar przeczytać ją znów, aby powrócić do tej niesamowitej historii oraz aby może odnaleźć w niej nowy sens. Tym razem na jej podstawie mam zamiar głębiej popracować.

Jeśli mój post zachęcił was, przeczytajcie "Głód".
O ile uda wam się go odnaleźć...


"Było to w czasach mego głodowania i włóczęgi po Christianii, owym mieście, które każdego musi naznaczyć swym piętnem..." Knut Hamsun "Głód"


Spróbujcie odnaleźć swą Christianię.


olo

środa, 26 stycznia 2011

Początki

Obiecałam napisać o motywach, która spowodowały, że nie jem mięsa. A więc proszę!

Po pierwsze jak już mówiłam - kocham zwierzęta. Nie wydaje mi się właściwe zjadanie ich. Bo swojego psa/kota/świnki morskiej/itede bym nie zjadła. A dla mnie to bez różnicy jaki zwierzaczek jest. Chętnie pohodowałabym krówkę.

Ponadto po prostu...


Mięso mi nie smakowało. Jedynym rodzajem jaki byłam skłonna przyjąć będąc dzieckiem był kurczak. Szybko jednak nawet to stało się dla mnie torturą. Jadłam mięso zmuszana szantażem, bo to był jedyny sposób. "Będziesz mogła to zrobić, jak zjesz tego kotleta..." W końcu mając 13-14 lat przestałam jeść zupełnie nawet te niewielkie wmuszane ilości.

Oczywiście wszyscy mówili mi frazesy typu:
-nie urośniesz
-nie będziesz mogła myśleć
-mięso jest ci potrzebne
-będziesz krzywa
-będziesz łysa

Jakoś żyję. Wyrosłam na 170cm. Wszystkie klasy kończyłam ze świadectwem z paskiem. Moje włosy mają się dobrze. Chyba można obejść się jednak bez mięsa nawet w młodym wieku.

Nie mniej jednak do tej pory, mimo upływu wielu lat odkąd jestem wegetarianką ciągle ktoś (ludzie którzy o tym wiedzą) pyta mnie czy nie zjem tego czy owego oczywiście z zawartością mięska. No cóż, nie jest to takie straszne, tylko potrafi być irytujące.


Post ten nie ma na celu krytykowania stylu życia mięsożerców :) Nie namawiam też nikogo do pójścia w moje ślady.
Po prostu opowiadam swoją historię.

Pozdrawiam czytelników ;)

olo

czwartek, 20 stycznia 2011

Dziewczynka i Kogut

Temat wegetarianizmu zdeterminował u mnie napisanie jeszcze kilku pokrewnych postów. Skoro już to poruszyłam, muszę teraz odwołać się do powiązania jakim są stosunki na linii człowiek - bracia mniejsi.
Na początek chciałabym zaznaczyć, że kocham zwierzęta. Naprawdę. Bez zadufania, bez hipokryzji. Kocham od małego. Dlatego też od zawsze marzę by zostać weterynarzem. Jestem na drodze poprzedzającej drogę do celu.

Chcę opowiedzieć wam pewną historię.

Kiedy byłam dzieckiem najlepszą rozrywką czy to na weekend czy to na wakacje był dla mnie wyjazd do babci i dziadka na wieś. Wtedy z dziadkiem chodziłam a to świnki nakarmić, a to krówkę wydoić, a to wysypać kurkom ziarno. Mając 3 lata wywlekłam z budy kilkudniowe szczenięta, omal nie wywołując zatrzymania akcji serca u mojej babci, gdyż szczęśliwa matka szczeniąt nie pozwalała się zbliżać do nich nikomu oprócz dziadkowi, a i to też na odległość większą niż metr. Myślicie, że kiedy właziłam do budy i po kolei wynosiłam psiaki suka zaprotestowała? Oczywiście, że nie. A ja byłam w raju mogąc bawić się z nimi. Koniec końców jeden ze szczeniąt został potem moim pieskiem, który pozwalał się głaskać tylko mnie i dziadkowi.

Ale przejdźmy do meritum...
Kiedy wakacje spędzałam na wsi w wieku 5-6 lat dziadek kupił kilkanaście sztuk kurcząt bez kwoki. Umieścił je w specjalnym kojcu w ogrodzie. Ja niewiele myśląc szybko wskoczyłam do środka. Siedziałam tam całymi dniami, karmiłam kurczęta, pilnowałam ich i bawiłam się z nimi. Szybko uznały mnie za swoją kwokę. Gdy dochodziłam do kojca zbierały się wokół mnie, dawały się dotykać, tuliły się do mnie. Szczególnie do gustu przypadło mi jedno - pośród samych żółtych i pasiastych kurcząt było jedno rude. Nadałam mu imię Przepiórka. Ze swoim ulubieńcem zbliżyłam się do tego stopnia, że wskakiwał mi na ramie (czego nigdy nie udało mi się dokonać z moją papugą), chodził za mną po gospodarstwie, siadał na kolanach. Brałam go nawet do domu, uważając czy babcia nie patrzy.
Kurczak rósł, a wakacje mijały.
Okazało się, że Przepiórka jest tak naprawdę Przepiórem.
Wyrósł z niego okazały kogut.
Kiedy zaczął się wrzesień i przyjeżdżałam w weekendy wciąż mnie rozpoznawał. Oswoiłam koguta.
Podczas jednej z kolejnych wizyt babcia powiedziała mi, że Przepióra upolował jastrząb. Była jedna wielka rozpacz.

Wiecie czego dowiedziałam się jakiś czas później?
Tamtego dnia jadłam rosół ugotowany na przepiórze.
Myślicie, że było to łatwe dla kilkuletniej dziewczynki zjeść przyjaciela?

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości z czego wynika mój wegetarianizm, to więcej powodów podam w kolejnym poście.



olo

Wegetariańska ryba

W ostatnią sobotę miałam studniówkę. Jak wiadomo menu na takich imprezach jest uogólniane i posiłek jest taki sam dla wszystkich, przeważnie wybrany przez grupkę rodziców zajmujących się organizacją. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy dzień przed studniówką została rozesłana lista kto zamawia wegetariański posiłek. Niestety dobre wrażenie szybko minęło. Podano mi... filet z ryby!

Wiem, że bardzo często na takich imprezach wegetarianie po prostu siedzą głodni. (oczywiście poniosłam wszystkie koszty za posiłki pomimo, że nic nie jadłam :P)
Podobną sytuację miałam już kilkakrotnie, że daniem wegetariańskim była ryba.
Oczywiście, są ludzie którzy uważają, że ryba to nie mięso. Ja jednak do nich nie należę. Definicja wegetarianizmu też wyklucza ryby z diety.

Jak podaje portal wegetarianizm.net :
"Wegetarianie wykluczają ze swojej diety wszelkie rodzaje mięsa i ryb, a także produkty zawierajace substancje odzwierzęce, takie jak żelatyna, podpuszczka, tłuszcz zwierzęcy."

[przyznam się, że i tak nie jestem tak racjonalna gdyż jem masło i wcinam żelki]


Nie rozumiem więc czemu panuje przeświadczenie, że ryba jest daniem wegetariańskim.


Jedno jest pewne - wegetarianie są dyskryminowani wciąż w wielu sytuacjach. Wszystkie posiłki w lokalach o ustalonym menu, stołówki szkolne, bufety, a nawet kolacje u niezwegowanych znajomych.

To jest właśnie powód, dla którego wolę sama sobie gotować i jeść w domu.
Mam jednak nadzieję, że stopniowo sytuacja poprawi się.

Pozdrawiam.

olomanolo