czwartek, 20 stycznia 2011

Dziewczynka i Kogut

Temat wegetarianizmu zdeterminował u mnie napisanie jeszcze kilku pokrewnych postów. Skoro już to poruszyłam, muszę teraz odwołać się do powiązania jakim są stosunki na linii człowiek - bracia mniejsi.
Na początek chciałabym zaznaczyć, że kocham zwierzęta. Naprawdę. Bez zadufania, bez hipokryzji. Kocham od małego. Dlatego też od zawsze marzę by zostać weterynarzem. Jestem na drodze poprzedzającej drogę do celu.

Chcę opowiedzieć wam pewną historię.

Kiedy byłam dzieckiem najlepszą rozrywką czy to na weekend czy to na wakacje był dla mnie wyjazd do babci i dziadka na wieś. Wtedy z dziadkiem chodziłam a to świnki nakarmić, a to krówkę wydoić, a to wysypać kurkom ziarno. Mając 3 lata wywlekłam z budy kilkudniowe szczenięta, omal nie wywołując zatrzymania akcji serca u mojej babci, gdyż szczęśliwa matka szczeniąt nie pozwalała się zbliżać do nich nikomu oprócz dziadkowi, a i to też na odległość większą niż metr. Myślicie, że kiedy właziłam do budy i po kolei wynosiłam psiaki suka zaprotestowała? Oczywiście, że nie. A ja byłam w raju mogąc bawić się z nimi. Koniec końców jeden ze szczeniąt został potem moim pieskiem, który pozwalał się głaskać tylko mnie i dziadkowi.

Ale przejdźmy do meritum...
Kiedy wakacje spędzałam na wsi w wieku 5-6 lat dziadek kupił kilkanaście sztuk kurcząt bez kwoki. Umieścił je w specjalnym kojcu w ogrodzie. Ja niewiele myśląc szybko wskoczyłam do środka. Siedziałam tam całymi dniami, karmiłam kurczęta, pilnowałam ich i bawiłam się z nimi. Szybko uznały mnie za swoją kwokę. Gdy dochodziłam do kojca zbierały się wokół mnie, dawały się dotykać, tuliły się do mnie. Szczególnie do gustu przypadło mi jedno - pośród samych żółtych i pasiastych kurcząt było jedno rude. Nadałam mu imię Przepiórka. Ze swoim ulubieńcem zbliżyłam się do tego stopnia, że wskakiwał mi na ramie (czego nigdy nie udało mi się dokonać z moją papugą), chodził za mną po gospodarstwie, siadał na kolanach. Brałam go nawet do domu, uważając czy babcia nie patrzy.
Kurczak rósł, a wakacje mijały.
Okazało się, że Przepiórka jest tak naprawdę Przepiórem.
Wyrósł z niego okazały kogut.
Kiedy zaczął się wrzesień i przyjeżdżałam w weekendy wciąż mnie rozpoznawał. Oswoiłam koguta.
Podczas jednej z kolejnych wizyt babcia powiedziała mi, że Przepióra upolował jastrząb. Była jedna wielka rozpacz.

Wiecie czego dowiedziałam się jakiś czas później?
Tamtego dnia jadłam rosół ugotowany na przepiórze.
Myślicie, że było to łatwe dla kilkuletniej dziewczynki zjeść przyjaciela?

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości z czego wynika mój wegetarianizm, to więcej powodów podam w kolejnym poście.



olo

2 komentarze:

  1. To wszystko autentyczne fakty? Jak tak, to pogratulować. Nie wszystkie zwierzęta tak chętnie dają się oswoić, a przynajmniej nie byle komu. No i Twoja historia ma morał. Boże, ile można się dowiedzieć o człowieku z jego bloga, niesłychane...

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście, historia jest autentyczna. Szkoda, że wcześniej nie pomyślałam, żeby dodać skan mojego zdjęcia z Przepiórem.

    OdpowiedzUsuń