sobota, 18 września 2010

Policja dla zwierząt w Miami

Dziś już nie wytrzymałam i dałam się namówić, by pójść do pasmanterii na zakupy. Uznałam, że przewietrzenie dobrze mi zrobi, tym bardziej że pogoda sprzyjała. Oczywiście nie mogło być tak, że było całkiem miło.
Poszłam do centrum, załatwiłam co miałam załatwić.
Kiedy wracałam w krzakach koło chodnika usłyszałam miauczenie. Zatrzymałam się i zauważyłam kocie dziecię. Mały był wyjątkowo uroczy, choć dość rozdarty. Czarny kotek z prześwitującymi tu i ówdzie rudymi pasmami ze ślicznym ogonkiem rudym na końcu. Oszalałam, do czego mam tendencje w takich momentach. Oliwy do ognia dolało to, że zwierzak zareagował na moje zainteresowanie podbiegając do mnie, a potem jeszcze idąc za mną. Wyglądał na ogólnie zagubionego i niezbyt szczęśliwego. Myśl, która natychmiast zapaliła się w mojej głowie - zabrać go do domu. I szybkie zejście na ziemię.
Gdyby zależało to tylko ode mnie na 110% kotka zawinęłabym pod pachę i zaopiekowała się nim, jednakże moja sytuacja lokalowa - dzielenie mieszkania z mamą (która nie znosi kotów i w życiu nie zgodziłaby się na to, żeby go zostawić) oraz z bratem (który uwielbia koty i gdyby go zobaczył, oszalałby z radości) nie pozwala mi na takie bohaterskie czyny jak przygarnięcie kotka.
Nie pozostało mi nic innego, jak małego przestrzec przed wychodzeniem na ulicę i z bólem odejść. Wróciłam się jeszcze do niego dwukrotnie. W domu opowiedziałam sytuacje mamie, która zareagowała w przewidziany przeze mnie sposób.

Czuję frustrację. Fakt, że swoją przyszłość wiążę z pomaganiem zwierzętom, pogłębia to uczucie.
Teraz przede mną kilka dni moralnego kaca.

A dziś melanż u Monany, którą pozdrawiam mimo niezbyt radosnego charakteru tego posta.

olo

3 komentarze:

  1. Też bym wziął tego kota, choćby na chwilę, by dać mu jeść i odnieść z powrotem. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nawet nie próbowałam na chwilę, bo wiem jak by się to skończyło ze strony mojego brata...

    OdpowiedzUsuń